środa, 25 grudnia 2013

54. Dobry zabójca - Dean Koontz




wydawnictwo: Albatros
tytuł oryginalny: The Good Guy
data wydania: 27 lutego 2009r. 
ilość stron: 384
okładka: miękka 
kategoria: thriller 


„Nie trzeba pytać dlaczego.Zło po prostu istnieje.”

W ciągu naszego życia spotykamy wielu ludzi. Jednych poznajemy dość dobrze, zaprzyjaźniamy się z nimi, planujemy wspólne randki, wyjazdy, może nawet będziemy prowadzać nasze dziećmi z ich dziećmi do szkoły. Spotykamy też takie osoby, które na pierwszy rzut oka wywierają na nas złe wrażenie. Nie chcemy mieć z nimi nic do czynienia, więc nie próbujemy kontynuować znajomości. Spotykamy również takie osoby, o których nawet nie wiemy, że je spotkaliśmy. Mijamy się z kimś na ulicy, wpadamy na kogoś, zamieniamy z kimś jedno słowo na przejściu dla pieszych, czekając na zielone światło. Równie dobrze ktoś może się do nas przysiąść, gdy siedzimy w barze. Nigdy nic nie wiadomo, a możliwości jest wiele.

Tim Carrier również spotkał na swojej drodze osobę, z którą nie chciał zawrzeć znajomości. W gruncie rzeczy to ta osoba spotkała jego, gdy w spokoju, pogrążony we własnych myślach, sączył piwo w barze. Osoba niewiele mówiła o zadaniu, ale jedno było jasne. Musiał ją zabić. Musiał zabić kobietę, której nie znał i nie wiedział, dlaczego miał to zrobić. Lecz nagle, gdy osoba odeszła, pojawiła się druga, chętna do zajęcia się sprawą. Ale on na to nie pozwolił. Wiedział też, że ta osoba nie odpuści i będzie chciała wykonać misję. Dlatego musiał działać. Musiał odnaleźć Lindę i uchronić przed niebezpieczeństwem. 

Na tym etapie Tim spotka trzy osoby, o których wcześniej nie słyszał. Dzięki pierwszemu człowiekowi jego życie zmienia bieg w zupełnie inną stronę, czego nigdy nie oczekiwał. Lecz co się stało, to się nie odstanie. Trzeba działać, aby zdążyć na czas. 

Tim dociera do Lindy - zdezorientowanej wiadomością, że jest celem zabójcy. Nie wie, kto pragnąłby jej śmierci. Jest spokojną osoba, nie krzywdzi ludzi, nie przyczynia się do żadnych złych rzeczy. A jednak jest celem. Wraz z Timem zaczynają ucieczkę, w której nieoczekiwanie to Tim stanie się celem. W całą akcję włączy również przyjaciela, Pete'a, który mimo perspektywy utraty pracy zgodzi się mu pomóc. To jest jedna z tych osób w życiu Tima, z którą chciał kontynuować znajomość. 

- Powiedział, że odnajdzie nas szybciej, niż nam się wydaje. 
- Płatni zabójcy lubią się przechwalać. 

Oni uciekają. Zabójca ich goni. Oni się boją. On jest spokojny. Oni nie mają planów awaryjnych. On jest przygotowany. Oni mają wiele do stracenia. On nic. Bawią się w kotka i myszkę. Ale kto jest kim? 

Muszę przyznać, iż pomysł na książkę Koontz miał świetny. Do pewnego momentu. Jednak biorąc pod uwagę sam zamysł, z chęcią bym mu pogratulowała, bo naprawdę mi się spodobał. Ale jak mam ocenić cała resztę? Wykonanie? Zakończenie? Na wszystkie te aspekty pasuje jedno słowo: ŹLE. Koontz po prostu źle wykonał swoje zdania. Miał taki dobry pomysł i spartaczył go też w dobry sposób. Dawno nie czytałam chyba powieści, która zostałaby w taki sposób oszpecona. Nie da się znaleźć na to innego określenia - została po prostu oszpecona. Sam początek - ten przez kilkanaście pierwszych stron - fakt faktem nie jest zbyt dobrze napisany, ale ciekawi czytelnika. Gdyby nie fakt, że spodobał mi się pomysł, rzuciłabym tą książkę w kąt, bo styl pisania autora nie należy do najciekawszych. Ale chciałam się dowiedzieć, jak Koontz zakończy swoją powieść. Z lekką irytacją czytałam kolejne strony, nie mogąc doczekać się końca. A gdy w końcu się go doczekałam, żałowałam, że nie zostawiłam tej pozycji w spokoju. Jestem naprawdę zawiedziona! Nie sądziłam, że znany, dobrze sprzedający się pisarz, zrobi coś takiego. Liczyłam na więcej intrygi. Więcej CIEKAWYCH zwrotów akcji. Ciekawszych dialogów. Więcej opisów. Nie potrzebowałam dziwnych stwierdzeń, które wynikały z dialogów, a później były powtarzane, pod dialogiem. Po co? Do tej pory nie rozumiem. 
Książka w ogóle mnie nie zaskoczyła, nie podobała mi się, więc jaka mogłaby być ocena? Pewnie najniższa. Jest to kolejna pozycja Koontza, która mi się nie podobała. Według mnie autor po prostu nie ma talentu do tworzenia intrygujących powieści.

Tim spotkał w swoim życiu Lindę, z którą zapragnął kontynuować znajomość. Ja poznałam Deana, z którym nie chcę mieć więcej do czynienia.  


środa, 18 grudnia 2013

53. Dobranoc, słonko - Heidi Hassenmuller





wydawnictwo: Ossolineum
data wydania: 2004r. (danego wydania)
tytuł oryginalny: Gute Nacht, Zuckerpüppchen
ilość stron: 122
okładka: miękka
kategoria: literatura młodzieżowa 



Pierwszy raz sięgnęłam po tą książkę na przełomie I i II klasy gimnazjum, kiedy takie pozycje pochłaniałam w jeden wieczór, a ich tematyka bardzo mnie fascynowała. Z biegiem czasu "młodzieżówki" przestały mnie interesować, jednakże nadal mam sentyment do niektórych pozycji, które chyba na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Taką książką jest właśnie "Dobranoc, słonko", którą upolowałam w bibliotece zupełnie przez przypadek. Nie szłam do niej z zamysłem wypożyczenia akurat tej pozycji, lecz kiedy mój wzrok ją wypatrzył, nie mogłam przejść obok niej obojętnie.

"Dobranoc, słonko" opowiada historię Gabi - małej, dorastającej z każdymi stronami, dziewczynki, mającej oparcie w starszym bracie. Akcja rozgrywa się w latach 50., w czasach powojennych, kiedy ludzie nadal nie byli bezpieczni, nie zawsze mieli do jeść bądź gdzie mieszkać. Autorka zwraca uwagę na te kwestie, jednak nie to jest najważniejszym wątkiem całej fabuły.
Gabi jest pilną uczennicą, na początku ma lekkie problemy z odnalezieniem się w klasie, lecz z czasem zaczyna zdobyć różne przyjaźnie. Przyprowadza nawet swoją przyjaciółkę do domu, aby mogły razem odrobić lekcje lub porozmawiać. Ale po tym spotkaniu dziewczynka nie chce więcej rozmawiać z Gabi. Gabi sądzi, że to niemożliwe, że on nie mógł zrobić tego jej koleżance. Prawda jest jednak inna - jej ojczym dotykał w różnych miejscach nie tylko ją, lecz również jej przyjaciółkę.
Anton Malsch pojawił się znikąd i zniszczył Gabi całe życie. Brat, gdy tylko mógł, opuścił dom, zostawiając ją samą; mama przejmowała się bardziej swoim mężem niż córką; niektórzy nie chcieli się z nią zadawać, ponieważ usłyszeli złe słowa na jej temat. Wszystko przez jednego człowieka, który nieproszenie wtargnął do jej życia, zamieniając je w koszmar.

Molestowanie seksualne nie powinno być tematem tabu, lecz przeważnie nie chce się rozmawiać na ten temat, unika się go jak ognia. Niektórzy mają przykre doświadczenia i nie chcą o nich opowiadać. Inni chcą opowiedzieć swoją historię innym, która być może pomoże w jakiś sposób ludziom w podobnej sytuacji. Z badań przeprowadzonych wśród dorosłych wynika, że co trzecia kobieta i co dziesiąty mężczyzna byli wykorzystywani seksualnie w dzieciństwie. Mało kto jednak przyzna się do tego głośno. Heidi Hassenmuller podjęła się pisania na taki a nie inny temat, ponieważ sama doskonale go zna.

"To historia mojej młodości, której nie miałam... Napisałam ją z myślą o tych wszystkich dziewczętach, które znalazły się w równie beznadziejnej sytuacji. Przerwijcie milczenie i wołajcie o pomoc! Bez przerwy, aż was usłyszą."


 "Dobranoc, słonko" pisane jest lekkim językiem. Nie zawiera obszernych opisów, które nudziłyby czytelnika. Rozdziały są krótkie i konkretne - przekazują to, co przekazać mają. Nie ma w tej książce nic zbędnego. Czyta się szybko i przyjemnie, mimo mało przyjemnej tematyki. Osobiście uważam,że powinien zapoznać się z nią każdy nastolatek.


Kilka innych książek Hassenmuller, które warto przeczytać:   

*Desiree, czyli czas próby
*Niemy śmiech
*Fałszywa miłość
*Czarne, czerwone, śmierć
*Anioły stąd odeszły
*Pewnej wrześniowej niedzieli
*W sidłach anoreksji

niedziela, 15 grudnia 2013

52. Przegląd Końca Świata: Feed - Mira Grant




wydawnictwo: Sine Qua Non 
data wydania: 7 listopada 2012r. 
tytuł oryginalny: Feed
ilość stron: 496
okładka: miękka z zagięciami 
kategoria: zabawny thriller z dawką fantastyki 


 Niespełna godzinę temu, kiedy poczułam suchość w gardle, otworzyłam oczy, rejestrując pomieszczenie, w którym się znajdowałam. Niechętnie wyciągnęłam dłoń w poszukiwaniu telefonu, który uświadomiłby mnie, jak późno się zbudziłam. Ledwo zerknęłam na niewielki ekranik i z wielkim ociąganiem podniosłam się, ruszając po dzienną dawkę kofeiny. Tak, sprawdziłam. W pobliżu nie było zombie.

Rok 2014. Wynaleźliśmy lek na raka. Pokonaliśmy grypę i przeziębienie. Niestety stworzyliśmy też coś nowego, strasznego, coś, czego nikt nie mógł zatrzymać. Infekcja rozprzestrzeniła się szybko, wirus przejmował kontrolę nad ciałami i umysłami, wydając jedno tylko polecenie: jedz!

Upłynęło 20 lat. Georgia i Shaun Mason są na tropie największej historii w ich życiu – mrocznej konspiracji stojącej za infekcją. Prawda musi wyjść na jaw, nawet jeśli jest śmiertelna.


Jednym słowem: zombie. Jest wszędzie. Nawet kiedy go nie widać, ono gdzieś się czai, a jeśli się nie czai i tak trzeba myśleć w sposób taki, jakby się czaiło. Nie można wyjść spokojnie na ulicę bez uzbrojenia, bo w każdej chwili jest szansa na natknięcie się na nieumarłego. Trzeba uważać. Owszem, istnieje różnoraka ochrona, ale jeśli do zakażenia dojdzie w miejscu nią objętym, nie ma zmiłuj, trzeba działać. Jeśli ugryziony zostanie twój brat lub przyjaciel, nie będziesz się nad nim litował. Strzelisz mu kulkę w środek głowy, żeby ratować siebie i innych, bo on i tak już nie żyje. Jednak niektórzy lubią zbliżać się do zombie, ryzykując życie, by nagrać jakiś materiał i opublikować go w sieci. Chyba nie pomyśleliście, że robią to z czystej przyjemności. To po części ich praca - w ten sposób ostrzegają innych na całym świecie, co może się wydarzyć, kiedy zadrzecie z zombie. Shaun to wie, Georgia to wie, ale oboje chcą poznać prawdę, nie zważając na utratę życia.

Tak naprawdę jest ich trójka. Buffy jednak nie wychodzi w teren - zajmuje się pracą komputerową. Jest w tym dobra. Nawet bardzo. We trójkę tworzą zgrany zespół, który otrzymuję pracę u kandydata na prezydenta. Mają mu towarzyszyć, tworzyć rozeznania, wywiady, etc. etc. Nie mogą mijać się z prawdą, nawet jeśli jest nie wygodna dla owego kandydata. Sam tego chciał. Więc kiedy nieszczęście spada na jego rodzina, próbując odkryć tą prawdę. Za jaką cenę?

Sięgając po tą pozycję, zdawałam sobie sprawę, iż będę czytać coś, po co nie sięgam zbyt często. Tak, chyba się powtarzam. Ale jednak trzeba czasami tak zrobić. Podeszłam do tej książki z zaciekawieniem i optymizmem, który już na pierwszych stronach powoli zaczął się ulatniać...

Mira Grant stworzyła zupełnie nowy świat, niekoniecznie lepszy od naszego, rzeczywistego. Stworzyła wirusa, o których my byśmy nigdy nie pomyśleli. Ona jednak wpadła na ciekawy pomysł i postanowiła go wykorzystać. Owszem, w tym momencie stwierdzam, że sam pomysł nie jest zły. Jestem wręcz pod wrażeniem, iż autorka z wielką dokładnością opisała wirus KA. Nie lada zadaniem jest wymyślić coś takiego.
Nie mogę jej jednak pogratulować, jeśli chodzi o resztę fabuły, mianowicie ten cały wyjazd dziennikarskiej trójki z prawdopodobnie przyszłym prezydentem i trudnościami, które napotkali na swojej drodze. Zwykła, nieudana, nic nie wnosząca do naszego życia otoczka, która może zanudzić człowieka na śmierć. I ta cała otoczka tak naprawdę ciągnie się od początku do końca. Wniosek: cała książka może zanudzić człowieka na śmierć.

Sądziłam, że powieść będzie żywsza, że więcej będzie się w niej działo, że każdą stronę będę czytała z zapartym tchem. A jednak czytałam ją z półotwartymi oczyma. Tak naprawdę nie zauważyłam w niej nic niezwykłe interesującego (oprócz samego wirusa), podczas gdy sporo osób się nią zachwyca. Ciekawy zarys fabuły został przedstawiony w nieciekawy sposób, wręcz nudny. Rozmowy z gubernatorem, jego żoną, innymi ludźmi... od tego wszystkiego emanowała monotonność i szarość - nie byłam w stanie zobaczyć jasnych kolorów w tej powieści, nawet jeśli miałam możliwość przeczytania o kochającym się rodzeństwie, które oddałoby za siebie życie. Lecz czy mogłabym to uznać za interesujące? Niekoniecznie.

Gdzieś w opisie czytałam o jakiejś dawce humoru w powieści. Z tym muszę się zgodzić - pojawiła się w Feed. Tak, czasami uśmiechnęłam się pod nosem, czytając cięte dialogi. Istotnie, taki zabieg pasował do stylu, jakim została napisana książka.

Nie wiem, jak ostatecznie ocenić ową pozycję. Fakt, nie podobała mi się, czytałam ją baaaardzo długo, a nawet sądziłam, iż nie dotrwam do końca, jednak czy mogę określić tą powieść jako totalną klapę, nawet jeśli sądzę, że może naprawdę zanudzić? Nie jestem pewna, więc dzisiaj wstrzymam się od oceny.

sobota, 30 listopada 2013

51. Równowaga - Paweł Leśniak






wydawnictwo: Zysk i Spółka 
data wydania: wrzesień 2012r. 
ilość stron: 328
okładka: miękka z zagięciami (i fajnym zdjęciem)
kategoria: fantastyka


- Nie boję się ciebie... boję się umierać...
- Skąd wiesz? Nie próbowałeś tego wcześniej...


Przyznam szczerze, iż nie pałałam się do posiadania, a nawet zapoznania z tą książką. Ale jak tylko nadarzyła się okazja, pomyślałam: czemu nie? Zawsze można przeczytać coś z fantastyki, polskiego autora i do tego debiut. Momentami wystrzegam się pozycji, biorąc pod uwagę te aspekty, ale postanowiłam zaryzykować. Jako iż moja mama dorwała się pierwsza do książki, sądziłam, że szybko ją przeczyta, ale ona o dziwo szybko ją rzuciła w kąt. Przynajmniej wtedy się dziwiłam. Co teraz mogłabym powiedzieć? Dobre pytanie... 

Z tyłu książki czytamy:
Desmond Pearce ma dwadzieścia sześć lat i jest dyrektorem w prowadzonej przez ojca firmie deweloperskiej w Miami. Wydaje mu się, że wreszcie odnalazł szczęście — właśnie się zaręczył z dziewczyną, którą kocha i jest bliski odniesienia sukcesu w lidze nielegalnych walk toczonych w nocnych klubach.
Niespodziewanie cały jego świat wali się w gruzy, a wszystkie marzenia obracają w pył. Zdradzony przez najbliższego przyjaciela, bez wsparcia ludzi, na których liczył, w chwili słabości popełnia błąd, który będzie go drogo kosztował. Desmond trafia do piekła i staje przed obliczem samego Lucyfera, władcy piekieł. Nie mając innego wyjścia, przyjmuje ofertę pracy jako egzekutor — demon zbierający dusze na ziemi. Nie zdaje sobie sprawy, że stał się ofiarą okrutnego planu, w którym nic nie jest takie, jakie mogło się wydawać.

Opis ciekawy, prawda? Przynajmniej ta druga część. Nie powiedziałabym, iż jest wielce intrygujący, ale ciekawy po prostu.
Desmond ma wszystko, czego pragnie człowiek. Piękna, kochająca dziewczyna, dobra praca, dom, kilka samochodów, kasę, najlepszego przyjaciela... życie ustawione, można by powiedzieć. Dlaczego więc akurat jemu przytrafia się nieszczęście? Przecież jest tyle innych osób! Nie musiało zdarzyć się to akurat jemu. A jednak, stało się. Nie ma odwrotu. Zostaje egzekutorem. A raczej egzekutorem-amatorem. Doprawdy, jego chyba nigdy bym się nie przestraszyła!

Zaczynając czytać ową powieść, zastanawiałam się, kto u diabła wymyślił imię Desmond. Z każdą stroną jednak zaczynałam przyzwyczajać się do tego imienia, pod koniec nawet mi się spodobało. Co nie zmienia faktu, iż nie wiem, dlaczego na początku zupełnie mi nie podpasowało. Może dlatego, że nie pasowało do pierwszych opisywanych historii? Tak, raczej tak.
Biorąc pod uwagę początek "Równowagi", bez zarzutu mogę powiedzieć, że zainteresował mnie na poziomie przeciętnym, jak zwykła opowieść o niczym. Nie, nie wyciągajcie pochopnych wniosków - to przecież tylko początek, od czegoś trzeba zacząć. I z jednej strony mogę powiedzieć, że autor dobrze zrobił, nie wprowadzając czytelnika od razu w fantastyczny świat. Mogliśmy zapoznać się z problemami zwykłego człowieka, który sądzi, że jego osoby problemy nie mogą dotyczyć. Bo przecież nikt by się nie domyślił, że bohaterowi, który ma cudowne życie, przydarzy się coś na jego niekorzyść!
Przenosimy się do piekła, w którym oczywiście jest strasznie. I co? Tak, bohater raptem chce żyć! Ale ten fakt pomińmy. Przyczepiłabym się do tego, że niektóre opisy są zbyt ogólnikowe i krótkie, przez co nie mogłam wczuć się dokładnie w opisywane miejsce. A może po prostu tak to zostało napisane? Może jedno i drugie, bo na pewno nie podobały mi się opisy. Lecz przyznam autorowi plusa za kreatywność - moście zbudowanym z ludzi jeszcze nie słyszałam. Reszta fabuły była jakby... za mało fantastyczna. Świat rzeczywisty połączony z niebem i piekłem - okej, mi pasuje, jednak... mimo tego plusa za kreatywność, autor mógł się jeszcze bardziej wykazać.
Fabuła? Trochę nudna. Nie działo się praktycznie nic interesującego, zapierającego dech w piersiach. Ot zwykła historyjka, którą można przeczytać byleby przeczytać. Nie zapada w pamięć. Ja po dwóch dniach przerwy nie pamiętałam, o czym było to, co zdążyłam przeczytać, musiałam sobie przypominać. Ponadto przewidywalność książki wręcz zwaliła mnie z nóg. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, ile książek przeczytał Leśniak i czy były one tak przewidywalne jak jego debiut. Praktycznie nic mnie nie zaskoczyło. Niestety.
Nie mogę również przejść obojętne obok błędów, niedociągnięć i powtarzania informacji. Po "Równowadze" widać, że jest debiutem, nie da się ukryć. Jestem pewna, że gdyby tekst przeleżał jeszcze jakiś czas, a nie został od razu wysłany do wydawnictwa, które niezbyt dobrze przeprowadziło korektę, byłby jeszcze lepszy, bo autor sam zauważyłby owe błędy. No chyba, że po napisaniu poleżał trochę odizolowany od świata, to już inna sprawa...

- Na Arenie każdy dba tylko o siebie. Silni przetrwają, a słabi zginą.

Wiedziałam, że nie będę zachwycona, ale nie sądziłam, iż aż tak się zawiodę. Dzisiaj daję tej pozycji 4/10.
Jestem w rozterce, ponieważ nie wiem, czy zapoznawać się z drugą częścią, która już stoi na półce...
Zastanawia mnie tylko jedna kwestia, ale nie mam pojęcia dlaczego... Dlaczego akurat siedem mostów i siedem pięter? No ale w wolę autora ingerować nie będę.

* * *


Na koniec macie zdjęcie autora. Przypominam również o fanpejdżu KLIK 

poniedziałek, 25 listopada 2013

50. Echo kluczy - Marta Maciaszek




wydawnictwo: Novae Res 
data wydania: 2013r. 
ilość stron: 244
okładka: twarda
kategoria: literatura współczesna 


"Następnym razem zamiast o kartkę i ołówek poproszę ich, żeby mnie zabili." 

Przyznam szczerze, iż podeszłam do tej pozycji nieco sceptycznie. Ale tylko odrobinę. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron stwierdziłam, że ta powieść nie jest dla mnie. Bałam się, że przez to będę musiała wystawić o niej niepochlebną opinię. Jednak nie przestawałam czytać, w końcu książki otrzymane do recenzji należy czytać w całości. I tak ślęczałam nad losami "głupiego Polaczka", zastanawiając się, co przyniosą kolejne strony. Czy powinnam już na samym początku rzucić tą książkę w kąt i zająć się inną?

Raczej nie.

"Ona – dziesięcioletnia Emilie – traci matkę w katastrofie lotniczej. On – Marceli Kłosiński – piętnastoletni Polak mieszkający z rodzicami w Londynie popełnia przypadkową zbrodnię i tym samym skazuje się na 10 lat więzienia. Czy jest możliwe, aby ludzie zostali ze sobą powiązani w sposób niezrozumiały i niewytłumaczalny?
Czy jesteś pewien , że w pełni decydujesz o tym, jak będzie wyglądać twoje życie? Czy nie masz wrażenia, że czasami kieruje nim jakaś nadprzyrodzona siła? Czy nie dzieją się w nim rzeczy, które wcześniej wydawały ci się niemożliwe?" 

Spotkanie dwojga zupełnie obcych ludzi, których od początku zaczyna łączyć dziwna więź. Mają wrażenie, jakby żyli w jednym świecie, obok siebie, a zarazem w innej galaktyce. Ich spotkania nie są normalnymi spotkaniami, a rozmowy normalnymi rozmowami. Czasami nawet nie wypowiadają słów, a po prostu czują swoją obecność. I wiedzą, że druga osoba w danym momencie jest przy nich, mimo że mogą się nie widzieć. Ale jednocześnie się widzą. I to wszystko łączy się w dziwną więź, od której nie mogą się uwolnić. I nie chcą. Potrzebują siebie nawzajem. Nawzajem trzymają się przy życiu.

Coś... cudownego.

Potrzebowałam lekkiej odskoczni od zwykłym kryminałów, w którym zawsze chodzi o to samo, mimo różnych zamysłów fabuły. Ta książka okazała się idealna, z czego prawie do samego końca nie zdawałam sobie sprawy. Na początku nawet nie ciekawiły mnie przygody Marcelego. Nie widziałam nic fascynującego w opisach, które przedstawiła nam autorka. Niezbyt interesowały mnie spotkania z uroczą dziewczyną, która pojawiała się znikąd. Wydawało mi się to nudne i mało realne. Lecz w pewnym momencie inaczej spojrzałam na to wszystko. I wiecie co się stało? Książka naprawdę mnie zainteresowała. Dotarło do mnie, iż nie wszystko musi być takie rzeczywiste. Tutaj pojawiła się mała odskocznia od "normalnego" świata. Zaczęłam przejmować się losami Marcelego, jego myślami... Polubiłam nawet Nicka i tak jak Marceli byłam na niego zła za to, co zrobił. Przez chwilę nie pomagały nawet myśli, iż postąpił słusznie - tak bardzo wcieliłam się w rolę Mercelego. Dawno nie utożsamiałam się z bohaterami powieści tak bardzo.

- Ty pieprzony egoisto - uśmiechnął się Nick. - Uwierz mi, że nikt nigdy w naszym życiu nie pojawia się bez przyczyny. Każda osoba, którą spotykamy, spełnia jakieś zadanie. Czasem trudno jest nam odkryć jakie, ale naprawdę tak jest. Pomyśl czasem o tym, a będzie ci łatwiej kogoś pożegnać. 
Spojrzałem na jego twarz i wyginając usta, powiedział: - Wiesz co, Nick? Ty jakiś dziwny jesteś. 

Fakt faktem książki nie czyta się aż tak szybko, ponieważ akcja płynie nieco mozolnie. W gruncie rzeczy nie dzieje się tu nic nadzwyczaj interesującego, lecz nawet tematyka tam poruszona może zaintrygować. Na swój sposób.
Miałam jednak wrażenie, iż w całej treści pojawiały się lekkie niedociągnięcia, aczkolwiek teraz nie zwróciłabym na nie uwagi. "Echo kluczy" mogę śmiało polecić. Nie jest to powieść wybitna, ale dobra. 7/10. Cieszę się, iż nie odłożyłam jej na półkę i dotarłam do końca.

Jest to kolejna pozycja, o której nie potrafię zbyt wiele powiedzieć. Wiem tyle, że wywarła na mnie spore wrażenie. Mieliście już z nią do czynienia?

* * *

Przypominam o fanpage'u! Klik

niedziela, 24 listopada 2013

Stosik biblioteczny

Wy też lubicie budzić się w niedziele z samego rana z potężnym bólem brzucha? Nie? Też tego nie znoszę. A jednak. Więc jako iż mam trochę czasu, bo o tej godzinie do nauki mi nie spieszno, pokażę wam mój biblioteczny stosik, który nabyłam wczoraj. Chciałam napisać recenzję filmu, ale chwilowo nie mam do tego głowy, może wieczorem.

Od góry:
1. Jeffery Deaver - Kolekcjoner kości
2. Ken Rijock - Bankier mafii
3. Eric-Emmanuel Schmitt - Opowieści o niewidzialnym
4. Alex Kava - Śmiertelne napięcie
5. Mariusz Czubaj - Kołysanka dla mordercy
6. Stephen Coonts - Zdrajca

Do tego jeszcze książka o Katyniu, której nie ma na fotografii. Doprawdy, od kiedy tak interesuje mnie historia?
Stosik może nie jest za wielki, ale i tak mam sporo pozycji, które czekają na swoją kolej. Niedługo możecie spodziewać się recenzji książki "Echo kluczy".

Ponadto przypominam o fanpejdżu bloga! Kliknij

środa, 20 listopada 2013

49. Arthur Conan Doyle - Przygody Sherlocka Holmesa





wydawnictwo: Zielona Sowa 
data wydania: 2004r. (wyd. I w 1892r.) 
tytuł oryginalny: The Case-book of Sherlock Holmes
ilość stron: 156
okładka: twarda


„Im bardziej pospolita i banalna jest zbrodnia, tym trudniej ją wykryć.


Wszyscy o nim słyszeliśmy. Obok tego nazwiska nie da się przejść obojętnie. Nawet jeśli nie zagłębialiście się w jego życie to i tak wiecie, kim był. O jego przyjacielu wiecie może mniej. W końcu to nie on jest tytułowym bohaterem. Sherlock Holmes. Co mówi wam to nazwisko? 

Czy kojarzycie sobie z nim detektywa-amatora o nieprzeciętnej sile dedukcji, dżentelmena o nienagannych manierach i mężczyznę, który w specyficzny dla siebie sposób pali fajkę? Jeśli nie, od tej pory będziecie. Jako ciekawostkę dodam, iż był uzależniony od tytoniu, kokainy i morfiny, co raczej nie przeszkadzało mu w rozwiązywaniu trudnych do rozwiązania zagadek. 

W "Przygodach Sherlocka Holmesa" zostały opisane różnorakie historie. Kilka opowiadań zawierało motywy zbrodni, zwykłego napadu czy wielkiego oszustwa, a nawet próbę zamachu na Holmesa! Wszystko to zostało opisane z perspektywy jego najlepszego przyjaciela i uzdolnionego doktora Johna Watsona, który brał udział w wielu bezcelowych, mogłoby się na początku wydawać, sprawach, aranżowanych przez Sherlocka. Holmes doskonale wiedział, iż Watson pisze opowiadania na podstawie ich historii, nie szczędził więc mu kolejnych pomysłów do pisania. 

Jak już wcześniej wspomniałam, każde opowiadanie na własną historię. I każda na swój sposób mi się podobała. Oczywiście nie mogłam bezinteresownie przejść obok nieprzeciętnego intelektu Holmesa, którego myślenie sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech. To nie tak, iż mając jak na tacy podane wszystkie dowody i być może podejrzanych od razu będziesz wiedział, kto za tym stoi. Możesz się domyślać, ale z tego i tak nici. Holmes cię przechytrzy. Tak samo, jak przechytrzył mnie. Niejednokrotnie na własną rękę próbowałam zgadnąć, wydedukować kim może być sprawca. Oczywiście na marne. Trzeba przyznać - Holmes jest lepszy ode mnie. Jego rozumowanie przewyższa nawet myślenie Watsona, którzy często nie nadąża za jego słowami lub czynami. Nic dziwnego, że akurat do tego detektywa przychodzą ludzie, pragnący rozwikłać jakąś zagadkę. Wiedzą, że jest dobry. Każdy to wie. 

 "Nie zapominaj o tym, że nie ma nic bardziej niezwykłego, niż zwykłe zdarzenia."

Błędem byłoby powiedzieć, że zbiór tych kilku opowiadań nie przypadł mi do gustu. Fakt, nie czyta się ich w ekspresowej szybkości - trzeba wolniej i dokładniej chłonąć każde zdanie, bo wszystkie są ważne. Tutaj nie fragmentów, które można ominąć. W całym tekście zawarte są istotne informacje, bez których dalsze czytanie nie ma większego sensu. Dlaczego? Po prostu nie rozumie się, o co chodzi w danym momencie. Sama przez przypadek opuściłam kilka zdań, do których musiałam później wrócić. 

Przygody Holmesa są już klasyką. Ilekroć tylko nastąpiła wzmianka o owym detektywie, chciałam zapoznać się z jego losami. Teraz, gdy w końcu nastąpił ten czas, zdecydowanie nie żałuję spędzonego przy niecałych 200 stronach chwil. Było warto. Lecz mimo wszystko moja ocena waha się - genialna czy jednak czegoś brakuje? Trudno mi powiedzieć, dlatego wstrzymam się od jednoznacznej oceny. Wiem jedno - zapoznam się z kolejnymi przygodami Holmesa i na pewno zawrę znajomość z filmową adaptacją tego dzieła. 




sobota, 16 listopada 2013

48. Charlotte Link - Wielbiciel








wydawnictwo: Sonia Draga 
tytuł oryginalny: Der Verehrer
data wydania: 9 maja 2013r. 
ilość stron: 424
okładka: miękka 
kategoria: thriller/kryminał 


Są książki, po których już na pierwszy rzut oka widać, że będą dobre. Są książki, które nie przyciągają uwagi zupełnie niczym, mimo że w środku mogą być wartościowe. Prawda jest taka, że każdy patrzy najpierw na okładkę i po kilku sekundach decyduje, czy chce się zagłębić w daną powieść czy też nie. Czasami odkłada ją na półkę, nie zaznajamiając się nawet z opisem. Czasami bierze ją w ciemno. W wielu przypadkach popełnia wielki błąd, o którym może nigdy się nie przekonać. 

Pierwszy raz spotykam się z twórczością Link, mimo że od dawna słyszałam już o tej autorce. Wiele osób ma o niej dobre zdanie, nie bez powodu jej książki są bestsellerami. Napisała łącznie 17 powieści, na podstawie kilku z nich zostały nakręcone seriale. Kogo nie kusi zaznajomić się z tak dobrym piórem, jak powiadają ludzie? 

W lesie niedaleko małej miejscowości w okolicach Augsburga znaleziono zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Policja i bliscy zamordowanej stoją przed prawdziwą zagadką, gdyż kobieta ta zaginęła bez śladu przed kilkoma laty. Dopiero telefon od jej znajomej z wakacji dostarcza pierwszych wskazówek dla śledztwa… Jednocześnie we Frankfurcie toczy się inna historia. Leonę, zadowoloną z życia redaktorką w wydawnictwie, ukochany mąż porzuca dla innej kobiety. To prawdziwy cios dla kobiety, która dopiero co była świadkiem samobójstwa.

Przyznam szczerze, iż opis zainteresował mnie średnio. Gdyby streszczenie obejmowało pierwsze dwa zdania, byłoby idealnie, bo w ciemno pragnęłabym dowiedzieć się, o co dokładnie chodzi. Ja sięgnęłam po tą pozycję tylko dlatego, iż koleżanka bardzo się nią zachwycała. Sądziłam, że czeka mnie przygoda z naprawdę dobrym kryminałem, wielką intrygą, dreszczami przeszywającymi ciało... Całość jednak nie odzwierciedliła moich wyobrażeń. 

Mamy tutaj do czynienia z kilkoma historiami, które, rzecz jasna, mają ze sobą coś wspólnego. Nie wiemy co, ale zgłębiamy się w nie, próbując skupić się na wszystkich elementach. Wszystko może okazać się ważne, a my, czytelnicy, zawsze chcemy rozwikłać zagadkę na własną rękę. Jedna historia dotyczy Lisy, siostry zamordowanej dziewczyny, która przez lata nie pojawiła się w domu. Lisa mieszka z umierającym ojcem, którym musi się zajmować, nie ma pracy i wygląda na to, że nawet znajomych. Przejęła się zabójstwem siostry, mimo że Anna się od nich odwróciła. Za wszelką cenę chce się dowiedzieć, kto za tym stoi. 
Flaki z olejem - tak można ocenić krótkie "rozdziały" z perspektywy Lisy. Nie wydarzyło się w nich interesującego, co mocno zaskoczyłoby/zszokowało czytelnika. Dowiedziałam się wprawdzie kilku przydatnych informacji, potrzebnych do interpretacji dalszej fabuły, ale to nie to, czego bym oczekiwała. 

Perspektywa Leony była bardziej rozbudowana, ponieważ to ona odgrywa tu istotną rolę. Wszystko zaczyna się od tego, iż znalazła się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. A może tak miało być? Może los chciał, aby była świadkiem samobójstwa? Leona nie może zapomnieć widoku kobiety, która wyskoczyła z okna. Całymi dniami i nocami się tym zadręcza, idzie na jej pogrzeb, poznaje jej przyjaciółkę, brata, byłego męża... Wszystko ma jakieś znaczenie. Nawet zdradza męża. 
Lecz dlaczego nie mogło być to napisane w bardziej interesujący sposób? Nie powiem, iż pomysł jest genialny, jednakże nawet z czegoś jedynie dobrego można stworzyć coś świetnego. 

I mamy jeszcze kilka rozdziałów z perspektywy Wielbiciela, który z wielką dokładnością stara się opisać swoje uczucie do Leony, swoje życie i wszystko inne, by książka naprawdę mogła stworzyć pozory thrillera psychologicznego. Właśnie - pozory. Nie ma wątpliwości, jaki jest Wielbiciel. Jego słowa mówią same za siebie. Jego czyny mówią same za siebie. Swoją drogą jest bardzo przebiegły i zawzięty, lecz niestety nie zdobył mojego serca. Kolejne kartki opisywane z jego perspektywy odwróciły moją uwagę od wlekących się zdarzeń z życia Leony i wprowadziły większe zainteresowanie całą powieścią. 

Jednak nie tylko z perspektywy tych osób toczy się akcja. Wątki są przeplatane, lecz nawet to nie stwarza wielkiego napięcia. Wszystko ma główny związek z jedną osobą, od niej odchodzą jedynie cienkie gałęzie łączące resztę bohaterów. I w gruncie rzeczy tak właśnie powinno być w powieści, prawda? Jedna osoba, która zaważy nad całym życiem innych. Lecz dlaczego mnie to nie zainteresowało? 

Przez chwilę miałam wrażenie, iż czytam za dużo książek o podobnej tematyce - potem wszystkie wydają mi się podobne, a pomysły przereklamowane. Z jednej strony owszem, może tak być. Z drugiej jednak przecież są thrillery wręcz zwalające z nóg. Więc moja teoria niezbyt by się przyjęła. Ponadto mojej rodzicielce spodobała się owa pozycja, a ona czytuje książki dłużej ode mnie. Przede wszystkim fabuła nie jest przerażająco interesująca, a wręcz powiedziałabym nudna. Dlatego czytałam "Wielbiciela" stosunkowo długo. Sposób pisania również nie powala, jest przeciętny. Dialogi momentami są ciekawe, ale naprawdę, jestem zdania, iż mogłoby być jeszcze lepsze! Powiedziałabym nawet, iż autorka mogłaby wprowadzić więcej wątków. Więcej zagadek. Więcej tajemniczości. Bo to, co zostało wymyślone do tej pozycji, było słabe. 

Nie powiem, iż książka jest totalną klapą, bo nie jest. Ale fakt faktem nie zachwyca. Miałam nadzieję, na więcej opisów związanych z tym psychologicznym thrillerem, lecz skoro autorka tego nie przewidziała, pozostaje mi uszanować jej decyzję. Jak dla mnie 4/10

środa, 6 listopada 2013

47. Grzesznik - Tess Gerritsen








wydawnictwo: Albatros 
tytuł oryginalny: The Sinner
data wydania: 2004r.
ilość stron: 320
okładka: miękka


„Zmarli nie krzywdzą. Ból zadają żywi.”

Nazywali ją Królową Zmarłych. Była tego w pełni świadoma, mimo że  ludzie szeptali to za jej plecami. Nikt nie powiedział jej tego w oczy. Ona za to lubiła posyłać ludziom lodowate spojrzenie. Nawet tym martwym. Tym w szczególności lubiła się przyglądać. Taki był jej zawód. Doktor Maura Isles lubiła swoją pracę, która dla niektórych wydawała się przerażająca lub odrażająca. W końcu kogo ciągnie do siniejących ciał, widoku krwi i ludzkich wnętrzności? Maura Isles była do tego przyzwyczajona. Lubiła swój zawód.

Nie lubiła być zdana na pomoc innych. Zwykła radzić sobie sama, a ludzi, którzy chcieli obdarzyć ją pomocą, zwykle odtrącała. Nie zawsze. Ale nie chciała, aby ktoś wtrącał się w jej problemy. Lub uświadamiał jej, że rzeczywiście je ma. Starała się oddzielać pracę od życia osobistego. Nie mogła przecież łączyć jednego i drugiego. Bardziej jednak zależało jej na tym pierwszym - tropienie zabójców było, można powiedzieć, całym jej życiem. Taką właśnie kobietą była Jane Rizzoli, detektyw Jane Rizzoli. 

Pani patolog i pani detektyw. Z czym tym razem przyszło im się zmierzyć?

W pewnym klasztorze zostają napadnięte dwie zakonnice. Jedna ginie, druga zostanie przewieziona do szpitala w stanie śpiączki. Autopsja wykazuje, że zamordowana zakonnica była w ciąży. W innym budynku klasztoru zostaje napadnięta kobieta. W indyjskiej wiosce giną wszyscy mieszkańcy. Jaki związek ma jedna zbrodnia z drugą? Dobre pytanie. Kto za tym stoi? Jeszcze lepsze pytanie. Jaki był motyw? Tyle pytań, tyle mylnych tropów, tyle zagadek... Jednak kto sobie z tym poradzi, jak nie pani patolog i pani detektyw?

„W końcu o wiele bezpieczniej być tchórzem. I o wiele wygodniej.”

Niejednokrotnie miałam możliwość spotkania się z twórczością Tess Gerritsen. Jedną powieść przeczytałam, jedną zaczęłam, ale nie skończyłam. "Grzesznik" jest drugą z kolei powieścią Gerritsen, którą dokończyłam. Jako iż mama stwierdziła, że książka jest na poziomie średnim, to ja i tak oczekiwałam od niej czegoś więcej. Wiem, że autorka jest dobra. Nawet bardzo dobra. Sam Coben stwierdził, że w tym gatunku nie ma nikogo lepszego. Ja autorce nic wielkiego nie mam do zarzucenia. Pomysł na fabułę bardzo mi się podobał, szczególnie zaintrygowała mnie wzmianka o zakonnicy w ciąży. Kto nie chciałby się dowiedzieć, kim jest ojciec dziecka, a tym bardziej, gdzie podziewa się dziecko? Tak, tak, pani detektyw ma za zadanie również znalezienie noworodka, co nie jest wcale takie proste, ponieważ nikt nie wiedział o ciąży. Chyba że... W takich wypadkach zawsze podejrzany jest ksiądz. Zawsze. Ale podejrzanych jest wielu. Niektórzy nie mają nic wspólnego ze sprawą. My, czytelnicy, w pełni nie możemy przewidzieć, kto rzeczywiście brał w tym udział. Czasami się domyślamy, obstawiamy, a na końcu cieszymy, że udało nam się zgadnąć. Czasami podejrzewamy, ale nasze podejrzenia są mylne. A kto, jak nie autor, próbuje nas zwieźć? Specjalnie sprowadza nasze myślenie na złe tory, byśmy za kilka stron mogli przeżyć szok. Zabieg potrzebny, to oczywiste. Przecież musi się coś dziać. Bez tego książki byłyby nudne. Tess Gerritsen nie odbiega od tego, zwodzi nas, ile się da, i ma z tego wielką frajdę.
"Grzesznik" nie jest w całości pochłonięty zabójstwami. W książce pojawiają się również inne wątki. Jak można się domyśleć, chodzi o relacje damsko-męskie. Nie są to jednak ckliwe historyjki, a sprawy bardziej poważne. Poznajemy stosunek chłodnych w relacjach z innymi kobiet do mężczyzn, na których im zależy. Wydaje nam się, że jak zawsze będą żyć długo i szczęśliwie, ponieważ to musi skończyć się dobrze. Jednak nie. Nie zawsze wszystko kończy się. A może tu akurat się skończy?

Oczekiwałam od tej książki dużo. Trochę się zawiodłam; nie była taka wspaniała, jak bym chciała. Mimo wszystko mogę śmiało stwierdzić, że powieść jest dobra. Nie jest objętościowo gruba, lecz wciąga czytelnika od samego początku. Wciąga i intryguje. 7,5/10.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Stosik

Dosyć dawno nie pokazywałam Wam żadnych swoich stosików... Dzisiejszy za duży też nie jest, ale czasu również dużo nie posiadam na czytanie. Uroki szkoły.  Lecz zamiast kartkować zeszyty, siedzę sobie ze słuchawkami w uszach, pijąc jagodowo-malinową herbatę... Tylko mi nie chce się uczyć? Brr, nie ciągnie mnie jakoś do hybrydyzacji orbitali atomowych i ich wyglądu geometrycznego... Te wszystkie orbitale i wiązania jakoś mnie przerażają.
No ale teraz mowa o książkach, a nie jakiejś tam chemii. ;]


Od góry:
1) Ted Dekker - Mroczna kolekcja -> recenzja post niżej
2) Snajper - Howard E. Wasdin, Stephen Templin -> z biblioteki, aktualnie czytam
3) Tess Gerritsen - Grzesznik -> z biblioteki, przeczytana, recenzja niebawem
4) S. Meyer - Intruz -> z biblioteki, będzie czytana po raz drugi
5) Prowincje - Bogdan Białek -> z wydawnictwa
6) Cienie i ślady - Bogdan Białek -> jw.


Czytaliście coś z mojej niewielkiej kolekcji? A może coś chcielibyście przeczytać? I kolejne pytanie - co polecacie na jesienne wieczory?

I na koniec cytat, na który natknęłam się przypadkowo, i który od razu wywołał uśmiech na mojej twarzy.

"Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi."

poniedziałek, 28 października 2013

46. Ted Dekker - Mroczna kolekcja







wydawnictwo:  Hachette Polska
tytuł oryginału: The bride collector
data wydania: 15 października 2012r.
ilość stron: 512
okładka: miękka


Aby odbył się kolejny ślub, trzeba zabić następną pannę młodą.

Agent specjalny Brad Raines musi poradzić sobie z najtrudniejszą sprawą w swojej karierze. W Dover grasuje seryjny morderca, który zaplanował makabryczny orszak weselny i wybrał już swoje ofiary. Czy korzystając z pomocy swojej przyjaciółki, psycholog sądowej Nikki Holden, i Paradise, pacjentki ośrodka dla chorych psychicznie, Raines znajdzie go, zanim będzie za późno? Wciąż jest krok za mordercą, który ma nad nim wielką przewagę - wierzy, że działa z polecenia samego Boga. Kiedy jednak kolejną ofiarą psychopaty staje się ktoś bliski Rainesowi, ten zrobi wszystko, by dopaść mordercę.

"Mroczna kolekcja" to jedna z najnowszych powieści Teda Dekkera - mistrza thillerów psychologicznych, bestsellerowego autora "New York Times'a"

Wcześniej raczej nie spotkałam się z twórczością Dekkera. Piszę "raczej", ponieważ pamięć czasami mnie zawodzi. Na pewno gdzieś tam już widziałam nazwisko autora, ale raczej nie przywiązałam do niego większej uwagi. Tak przynajmniej mi się wydaje.
Więc jak ocenię pierwsze spotkanie z twórczością Dekkera? Cóż...

Zapewne większość z was zgodzi się ze mną, że już sama okładka i widniejąca na niej dziewczyna intryguje. Potem ten tytuł, te dwa wersy, które zapadają w pamięć na dłużej niż trzy sekundy. Jednak... co dalej?Bierzemy książkę do ręki. Mamy nadzieję na świetny thriller, co potwierdza krótka notka z tyłu. Otwieramy skarbnicę słów na nibybiałych kartkach. I...?

I przeżywamy rozczarowanie. Przynajmniej ja przeżyłam. Już pierwsze zdanie sprawiło, że książka nie przypadła mi do gustu. Było proste i naiwne. Zbyt proste i zbyt naiwne. Lecz czy przez jedno zdanie trzeba od razu rzucać czytanie? Nie, nie wolno tak robić. Tak więc czytałam dalej, próbując wczuć się w rolę głównego bohatera. Było pełno opisów, które na swój sposób pomagały mi w tym. Jednak nie wiem, czy były na tyle dobre, abym mogła w stu procentach utożsamić się z danymi sytuacjami Jak na mój gust, momentami nawet było ich za dużo, były nużące i nawet jeśli wnosiły coś do treści, to nie chciało się ich czytać. Nie były złe, a wręcz nawet dobrze napisane, składnie, lecz... to nie do końca to, czego się spodziewałam. Dialogi momentami również nie były najciekawsze, a wręcz naiwne.

Cała fabuła jest dosyć ciekawa. Prawie spodobała mi się postać psychopaty, który zawzięcie mordował piękne kobiety. Inteligentna z niego bestia, muszę przyznać. Podobały mi się zwroty akcji dotyczące jego osoby, aczkolwiek inne postaci nieco zniszczyły wszystko. Momentami wręcz zastanawiałam się, dlaczego ktoś postąpił tak a nie inaczej, no ale nie mnie decydować o tym. Jednak sam zamysł psychopaty był ciekawy, za co autor ma u mnie plusa.

Niezbyt natomiast podobało mi się dochodzenie i cała otoczka z OZI. Nawet jeśli nikt nie traktował ich inaczej, jak dziwaków czy po prostu szaleńców, ja cały czas miałam wrażenie, że autor jednak chce mi pokazać, że oni są dziwni. I nie chodzi nawet o zdania opisujące ich choroby, bo oczywiste było, iż trzeba  opisać. Chodzi o coś, czego autor nie napisał. To się czuło. Przynajmniej ja czułam. Albo po prostu jestem dziwna.
W OZI cały ten świat wydawał się tętnić optymizmem, lecz czy w rzeczywistości tak jest w szpitalach psychiatrycznych? Myślę, że rzeczywistość nieco różni się od tego, co opisane zostało w książce, dlatego nieco nieufnie do niej podchodzę. Cieszę się jednak, że miałam możliwość w jakimś stopniu zaznajomienia się z chorobami psychicznymi.

A co z głównym bohaterem? No tak... Brad. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że facet jest grubo po trzydziestce. A nie jest. Ale nieważne. On jakoś niespecjalnie mi się podobał. Nie ma konkretnego powodu, to prostu tak było.

Jak autor poradził sobie z opisaniem wszystkiego? Jak na mój gust średnio. Doprawdy, liczyłam na coś więcej. Miał świetny pomysł, ale nie potrafił go wykorzystać. Coraz więcej czytam takich książek, co mnie wręcz smuci. Ale oczywiście ktoś inny może powiedzieć, że książka była świetna. Dla mnie nie była. Wypadła na 5/10.


* * *

No i wróciłam po długiej nieobecności... Tak, tak, zaniedbałam bloga. I to bardzo. Wiedziałam, że w pewnym momencie będę miała zastój z blogowaniem. Mam jednak nadzieję, że to się już nie powtórzy i zostanę z wami! Pamiętacie o mnie w ogóle jeszcze? Mam nadzieję, że tak, bo ja o was nie zapomniałam, dlatego zabieram się za przeglądanie waszych blogów...
Jej, naprawdę dawno mnie tu nie było!

sobota, 12 października 2013

45.Miasto obłąkanych - Marta Kostrzewa






wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2013r.
ilość stron: 309
okładka: miękka






Miasto obłąkanych. Miasto. Cały czas mowa o Mieście. Wszystko kręci się wokół Miasta. Ono jest w naszych myślach, jest w nas. Miasto nie daje o sobie zapomnieć. 

Nie rozumiem. Nie jestem w stanie.

Początkująca lekarka i jej pacjent. Dziennikarz, który wszystkim gardzi. Kurtyzana i profesor socjologii. Ludzie żyjący i martwi, o których nie sposób zapomnieć. A w tle miasto pochłonięte konfliktem między arystokracją a najniższymi warstwami społeczeństwa.

Daniela Lilia Różyc jest studentką psychiatrii oraz córką właściciela szpitala psychiatrycznego. Badając kolejne przypadki pacjentów cierpiących na choroby psychiczne, zastanawia się nad ludzkim determinizmem. Jak życie mieszkańców miasta zostało ukształtowane przez przeszłość, a minione wydarzenia w niezwykły sposób wpłynęły na ich charaktery, psychikę oraz sposoby postrzegania rzeczywistości?

Zacznę do tego, iż według mnie książka ma zdecydowanie na dużo wątków pobocznych, które nie mają żadnego związku z motywem przewodnim powieści. Ale jaki on właściwie jest? W opisie czytamy, że główna bohaterka bada co rusz nowe przypadki pacjentów. Tak naprawdę bada tylko jeden konkretny, z którym i tak nie potrafi sobie poradzić. Kompletnie nie rozumiem jej zachowania. Czy psychiatrzy podczas rozmowy z pacjentem mogą wprowadzać do pokoju swoich znajomych? Czy psychiatrzy dają się podejść i rozmawiają o sobie, zamiast o pacjencie? Wydaje mi się, że nie. A jednak nasza Daniela postępuje w taki sposób, doprowadzając do tego, że przestaję ją lubić. 

W mieście jest wiele problemów. Niektóre z nich są rozstrzygane w międzyczasie, ale jaki to ma związek z resztą? Albo jaki związek ma reszta z tym? Bo w końcu nie rozumiem, co jest głównym wątkiem w owej powieści. 

Daniela niejednokrotnie ma do czynienia ze zwłokami. I co, ten widok nie wywołuje w niej żadnych emocji? Spokojnie patrzy na trupa, mija go i przeszukuje pokoje? Daniela jest zwykłym człowiekiem o naturalnych odruchach, powinna jakoś zareagować. A w niej może jedynie pojawiło się zdziwienie i inna emocja, które trwały tak krótko, że sama bohaterka zdążyła o nich zapomnieć. Ponadto cały wątek „kryminalny” został opisany tak powierzchownie, bez zbędnych opisów, pozwalających wczuć się czytelnikowi w daną sytuację. 

Opisy. Momentami długie, nużące, niepotrzebne… Dialogi… Dialogi próbowały wyjaśnić wszystkie sytuacje, których autorka nie umiała opisać, przez co wychodziły bardzo sztuczne i naiwne. 

Co mi się podobało? Cóż, trudno to stwierdzić. W niektórych miejscach podobało mi się myślenie autorki i czasami naprawdę aż gratulowałam jej w myślach. Ale momentami chciałam łapać się za głowę. Byłam pod wrażeniem doboru słów przez autorkę, ale nie ma co się dziwić, w końcu jest to studentka filologii polskiej. 

Przyznam szczerze, iż spodziewałam się zupełnie innej książki. Zupełnie. Zawiodłam się. I nie wiem nawet czy ją komuś polecić, bo ludzie mają różne gusta. Cóż. Wasz wybór. Ja daję 2/10.

środa, 2 października 2013

Wyniki konkursu

Wybaczcie, że tak późno, ale ważne, ze są. 
Więc szybko i na temat:

Zwycięzcą w konkursie jest:

OnlyDreams

i cytat

„Uciekałam, kiedy tylko sprawy zaczynały się komplikować, ponieważ żyłam w przeświadczeniu, że wszystko i tak skończy się tragicznie. Jedyna forma kontroli, jaką stosowałam, to decyzja, by odejść, zanim ktoś odejdzie ode mnie.”


Gratuluję!! 
Już piszę do Ciebie maila :) 

sobota, 28 września 2013

44. Jarosław Bzoma - Krajobrazy mojej duszy, Księga o podróży nocnej





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2013r.
ilość stron: 450
okładka: miękka



Kim jestem?

Czy już kiedyś żyłem?
Kim byłem w poprzednim wcieleniu?
Kim będę w kolejnym?


„Krajobrazy mojej duszy” to cykl powieści, w których autor stara się odpowiedzieć na postawione przed siebie pytania. Pierwszy tom opowiada o snach.
Śnimy. Czasami pamiętamy swoje sny, czasami nie. Wśród nas są ludzie, którzy opanowali na zdolność świadomego śnienia. A nawet „wyjścia” z ciała.

Jarosław Bzoma skupia się na tym, czego nie w rzeczywistym świecie. Albo czego nie rozumie. Opisuje swoje przeżycia podczas eksperymentu, dzięki któremu chciał uzyskać odpowiedzi na nurtującego go zagadnienia, jak i lepiej poznać umysł człowieka.
Autor używa w miarę prostego języka, jednak z drugiej strony momentami przesadza z „luzackim” tonem. Stara się jak najbardziej dotrzeć do czytelnika i go nie zanudzić, aczkolwiek wychodzi zupełnie co innego. Mnie wręcz irytowało takie nagminne staranie się przypasować do czytelnika, bo nie jestem pewna, czy to po prostu pan Bzoma ma taki styl pisania. Jeśli ma, to najwyraźniej mi nie odpowiada. Mogłabym również przyczepić się do czcionki, która uniemożliwiała mi płynne czytanie powieści, lecz jest to sprawa podrzędna, do której aż tak dużej wagi nie należy przywiązywać. Okładka za to jest niczego sobie.

Na początku nie mogłam zrozumieć, jaki jest sens tej książki. Autor cały czas opisuje swoje przeżycia… i po co? Tak myślałam na początku. Nie mogłam wbić się w rytm „Krajobrazów dusz”. Nagle jednak dostałam olśnienia i stwierdziłam, że jest to pozycja, po którą warto sięgnąć. Autor dokładnie zagłębia się w świat snów, który nie jest dla nas w pełni zrozumiały. Dzięki niemu mamy możliwość poznania jego własnej historii, przemyśleń…

Jeśli o mnie chodzi, to chciałam, by tą pozycję czytało się płynnie, szybko i przyjemnie. Niestety bywały momenty, kiedy nie potrafiłam przebrnąć przez jakiś fragment. Fakt, bardzo zainteresowała mnie tematyka, o której była mowa i gdyby nie fakt, że autor nie do końca dobrze wszystko opisał, byłabym zachwycona tą pozycją. A tak wypadła niestety marnie. Jestem typem człowieka, którego opisy w pewnym momencie zaczynają nudzić… 5/10.


* * * 

Uwaga!! Do godz. 24 trwa konkurs, o którym mowa post niżej! 

 

niedziela, 8 września 2013

KONKURS

Przyszedł i czas na wyczekiwany konkurs... Nie wiem, czy wy na niego bardzo czekaliście, ja w każdym razie tak. Czemu więc tak późno się pojawił? Miałam jakieś problemy z przeglądarką w ciągu ostatnich dni, a wcześniej... nie miałam weny na pisanie. ;] 

Ale dobra, koniec już tej gadaniny. Oto zasady:


Konkurs polega na: napisaniu swojego ulubionego cytatu w komentarzu oraz podanie, z jakiej książki pochodzi. 
Czas trwania: od 8 września 2013r. do 28 września 2013r. Zwycięzcę ogłoszę w ciągu 3 dni od zakończenia.
Osoby, które mogą wziąć udział: wszyscy
Co trzeba napisać w zgłoszeniu: cytat, tytuł książki, adres e-mail.
Czy trzeba mieć mnie w obserwowanych: nie jest to wymóg konieczny, ale byłoby mi miło, gdybyście zaglądali do mnie częściej.
Czy trzeba lajknąć fanpejdża:  nie, aczkolwiek zapraszam: https://www.facebook.com/zaslodkakawa 
(byłabym wdzięczna za rozreklamowanie info o konkursie na waszych fanpage'ach :))
Czy trzeba umieścić na swoim blogu podlinkowany baner: tak.

Jako iż nie umiem robić bannerów i nie mam zbytnio czasu, by to jakoś ogarnąć, na waszych blogach udostępnijcie po prostu podlinkowane zdjęcie do książki z nagłówkiem "konkurs". A właśnie, jaka jest nagroda? 

ta ta ta daaam...



Abel i Kain - Katarzyna Kwiatkowska 

plus 

mały upominek ode mnie.

Tak więc, do dzieła! Czekam na wasze cytaty!

środa, 4 września 2013

Uwaga!

Z dniem dzisiejszym wznawiam pisania bloga z opowiadaniami. Już dziś dodałam pierwszą część, może nieco krótką, ale to dopiero początek. Zapraszam! http://maslomaslaneprozapisane.blogspot.com/2013/09/zielona-koniczyna-cz1.html 

poniedziałek, 2 września 2013

Zabawa, sprawy ogólne, postanowienia, takie tam.

Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Szkoła. Znowu szkoła. Do tego mam bardzo zły plan, czego nie mogę przeboleć. Ale po powrocie z rozpoczęcia roku czekały na mnie dwie książki od wydawnictwa Novae Res, więc nie jest aż tak źle. Oprócz tego, że wieje potężny wiatr. 

Już od dłuższego czasu przymierzałam się do napisania czegoś o sobie, ponieważ zostałam zaproszona do zabawy przez Martynę (http://ksiazkamojprzyjaciel.blogspot.com), za co serdecznie dziękuję. 

Kilka zasad, które pewnie większość zna:


1. Podziękować nominującemu blogerowi.

2. Pokazać nagrodę The Versatile Blogger u siebie.

3. Ujawnić 7 faktów o sobie.

4. Nominować 15 blogów, które na to zasługują

5. Poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.


Ja już na wstępie informuję, iż nie nominuję żadnych blogów - jeśli ktoś chce wziąć udział w tej zabawie, serdecznie zapraszam. Będzie mi miło dowiedzieć się czegoś o was, o ile będziecie mieli ochotę o tym napisać. 
A teraz fakty o mnie:

1. Potrafię nie jeść 3 dni i nie odczuwać żadnych skutków ubocznych. 
2. Uwielbiam pić kawę i herbatę. Nawet w lato. 
3. Nie lubię czytać biografii. 
4. Potrafię kilka razy w roku zmieniać numer telefonu.
5. 3 razy zakładałam sobie konto na fb, za każdym razem miałam je parę dni, ale potem zostałam tam na dłużej.  
6. Jestem odwrotkiem świata - zawsze, gdy wszyscy są ciepło ubrani, ja chodzę w szortach, a gdy jest gorąco, zakładam długie ubrania. I jest mi idealnie. 
7. Wolę słuchać, niż mówić. 

To tyle. Może akurat coś was zaciekawi. ;) 

Miałam zrobić konkurs. Tak, miałam. Ale jakoś brak mi motywacji, aby napisać ten post... ach, ja leniwa. Jednak myślę, że w najbliższym czasie, kiedy trzeba będzie siedzieć nad książkami, ja będę zajmowała się sprawami blogowymi. Zawsze tak jest. Więc możecie mieć nadzieję, że niedługo ukaże się jakiś konkurs. 
W sierpniu przeczytałam niewiele książek, co będę chciała nadrobić, aczkolwiek nie wiem, jak ja znajdę na wszystko czas. Codziennie będę musiała zakuwać chemię, biologię, douczać się z wosu, niemieckiego, nadrabiać matematykę i angielski... Biologia i chemia najważniejsze - w końcu taki profil. Druga klasa to już nie przelewki. Aż boję się pomyśleć, co mnie w trzeciej czeka... Lecz dam radę, na pewno, i nie rzucę czytania. 
Wam też życzę sporo wolnego czasu na czytanie w tym nowym roku szkolnym. Trzeba czytać, trzeba. 
A wiedzieliście, że ponoć czytanie w ciemnym świetle nie psuje wzroku? Nie wiem, ile w tym prawdy, ale tak słyszałam... 

wtorek, 27 sierpnia 2013

43. Gwiazd naszych wina - John Green





wydawnictwo: Bukowy las
data wydania: 6 lutego 2013r. 
tytuł oryginalny: The Fault in Our Stars
ilość stron: 312
okładka: miękka



„Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń.”

Hazel jest chora na raka. Ma szesnaście lat, nie chodzi do szkoły, czasami spotyka się ze swoją przyjaciółką, od jakiegoś czasu chodzi na spotkania ludzi, którzy również są chorzy na raka. Jej mama pragnie, aby córka wychodziła z domu, zaprzyjaźniła się z ludźmi, miała z nimi dobry kontakt. Nie chce, aby Hazel siedziała cały czas z nosem w książce. Jej tato chce dla córki jak najlepiej, ale perspektywa odejścia jego dziecka trochę do przeraża. Jak wszystkich. 

Hazel z początku niechętnie jest nastawiona do spotkań chorej młodzieży, lecz jej podejście nieco się zmienia, gdy pewnego razu zauważa przystojnego chłopaka, który z zainteresowaniem się jej przygląda. Augustus, w skrócie Gus. Nie da sie ukryć, że on również wpadł jej w oko, lecz jej niska samoocena nie pozwala uwierzyć, że chłopak może szczerze się nią interesować. Jej podejście zmienia się z każdym spotkaniem z Augustem, który pozwala jej na nowo spojrzeń na świat, jej chorobę i długo wyczekiwaną miłość. 

„To żenujące, że wszyscy idziemy przez życie, ślepo akceptując to, iż jajecznica musi być kojarzona wyłącznie z porankami”

Odkąd tyko książka pojawiła się na Polskim rynku, bardzo chciałam ją przeczytać. w gruncie rzeczy nie widziałam w niej nic szczególnego - chora dziewczyna, szara myszka, chłopak, przystojny, dobrze zbudowany, i miłość, która ich połączy. Nic nadzwyczajnego, prawda? A jednak tu było inaczej. Bo dlaczego każda tego typu książka musi być kojarzona z beznadziejnymi młodzieżówkami, w których miłość zawsze zwycięża? 

"Gwiazd naszych wina" nie jest zwykłą książką. Tu nie chodzi o samą miłość, dotykającą dwojga nastolatków. Tu chodzi o wszystko, co połączyło tych ludzi, jak poradzili sobie z problemami, z którymi walczy coraz więcej osób. Chorych osób. Zdrowi często nie mają pojęcia, jak to jest mieć raka, nie wiedzą, co niesie ze sobą ta choroba. 

Powieść czyta się szybko. Są różne dialogi, które momentami powodują uśmiech na twarzy czytelnika, bądź natłok myśli w jego głowie. Tak, autor każe nam się zastanawiać. Każe nam myśleć, rozważać, odrzucać niektóre aspekty i rozważać je na nowo. Chce, abyśmy inaczej spojrzeli na świat. I wiele innych rzeczy chce. Ale czy my jesteśmy w stanie je zrozumieć?

Lubię Gusa. Szczerze go lubię. Chłopak wiedział, jaki jest i wcale tego nie ukrywał, ba! nawet potwierdzał zdanie ludzi na swój temat. Skoro ludzie mieli o nim wystawioną opinię, to dlaczego on nie mógł jej potwierdzić, skoro myśleli tak samo? Skromność? Dzięki niej można zapomnieć, jakim się jest naprawdę. Ponadto Gus był inteligentnym chłopakiem. Sam jego sposób bycia mnie zaciekawił. Było w nim coś, co wyróżniało go spośród innych bohaterów. 
Hazel w jakimś stopniu była do niego podobna. Ale tylko w jakimś. Mimo że się dobrze dogadywali, to jednak znaczącą się różnili, czego autor w dużym stopniu nie pokazał. Jednak oni pasowali do siebie, chociaż momentami chciałam powiedzieć, że jednak nie byli dla siebie stworzeni. Autor tak ich wykreował, że musieli pasować i nie było innej opcji. 
Isaac również zdobył moje serce, nawet w większym stopniu niż Hazel. Było w nim coś, co wręcz pokochałam. Może poniekąd była to ta bezradność, jego napady różnych humorów, jego nieopisane uczucia... Wydawał się taki prawdziwy. Bardziej, niż inni. 

„Wydawało się, że to było całe wieki temu, jakbyśmy przeżyli krótką, ale mimo to nieskończoną wieczność. Niektóre wieczności są większe niż inne.”

Tą książkę może przeczytać każdy. Większość nawet musi. Trzeba w końcu zrozumieć, że nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje. Że nie wszystko MUSI BYĆ takie, jak nam się wydaje. Tak, musicie mieć po tej lekturze mętlik w głowie. Ja też mam. Widzicie? Nie różnię się niczym od innych. Bohaterowie tej książki również. Autor także. Wniosek? 
John Green

O tej książce można napisać wiele. Ale po co o niej tyle pisać, jak na pewno jedna trzecia blogerów ją przeczytała, jedna trzecia nie ma zamiaru, a ostatnia jedna trzecia nadal ma ją w planach i na pewno nie chce się dowiedzieć wszystkiego o tej pozycji? Dlatego nie chcę zdradzać wam wszystkiego i jeśli moja recenzja skutecznie was nie zachęciła do szybszego sięgnięcia po tą książkę, mówię wam stanowcze: PRZECZYTAJCIE. 

9/10. 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

42. Cena miłości - Lurlene McDaniel






wydawnictwo: Lucky
data wydania: 2008r. 
tytuł oryginalny: Prey
ilość stron: 156
okładka: miękka


Ryan Piccoli właśnie rozpoczął naukę w pierwszej klasie liceum. Przystojny i bystry piętnastolatek wolny czas spędza ze znajomymi, najczęściej ze swoją najbliższą przyjaciółką, Honey. W ich liceum pojawia się nowa, piękna nauczycielka historii, Lori Settles. Lori zaczyna interesować się Rayanem, a on także nie pozostaje obojętny na jej wdzięki. Lori i Ryan zbliżają się do siebie. Chłopak jest rozdarty między sekretnym związkiem z nauczycielką, a tęsknotą za dawnym, spokojnym życiem. W pewnym momencie wszystko wymyka się spod kontroli. Ryan i Lori zmuszeni są stawić czoła konsekwencjom swoich wyborów, które na zawsze zmienią ich życie.

Gdybym zauważyła tą książkę pierwszy raz teraz, nie sięgnęłabym po nią. Spotkałam się z nią jednak kilka lat temu i wtedy wywarła na mnie dobre wrażenie, a dzisiaj będąc w bibliotece, postanowiłam przypomnieć sobie tą lekturę. 

"...Skoro nie jesteś z dziewczyną, którą kochasz, pokochaj tę, z którą jesteś." 

Książka nie jest długa, liczy niespełna 160 stron, przeważają dialogi, które czyta się szybko, opisy są krótkie i mało szczegółowe, przeważnie wyjaśniające daną sytuację. Postaci nie są zbyt interesujące, może oprócz Lori, która od początku wyróżniała się swoją ekstrawagancją. Wszyscy inni są dosyć przeciętni. Ale czytając tą książkę, zauważyłam, że angielscy czy amerykańscy piętnastolatkowie różnią się od polskich. Autorzy tworzą ich bardziej doroślej, mimo że w jakimś stopniu próbują pokazać, że to jeszcze dzieci. Ja na początku miałam wrażenie, że bohaterowie mają co najmniej siedemnaście lat, a tu proszę... niespodzianka. 

Jeśli chodzi o całą fabułę, to nie jest zbyt wymagająca, a wręcz momentami nudzi. "Cena miłości" to zwykła książeczka dla nastolatek o miłości, problemach w miłości, zakazanej miłości, tłumionej miłości... Od początku zaczyna się zwykłe życie nastolatka, które nie jest interesujące. Do momentu gdy pojawia się ONA. Kto tego nie zna? Ja też znałam. Mimo to postanowiłam sięgnąć jeszcze raz po "Cenę miłości" i co? Zawiodłam się. Nie porwała mnie tak, jak kiedyś, ale to być może ze względu na mój wiek. Stara nie jestem, nie, ale wyrosłam już chyba z takich książek. Jest ona idealna dla trzynastolatek... Starsze osoby mogą być nią nieusatysfakcjonowane.